Blog > Komentarze do wpisu

Poeci na haju: Słowacki, Krasiński, Byron i inni

Poeci ma haju 

Skoro w romantyzmie wyobraźnia uznawana byłą za cechę boską, to poeci – piewcy wyobraźni – kojarzeni byli z iście boskimi istotami właśnie. Choćby przez to – twórcom strof przypisywano rolę znamienną.

Romantyzm generalnie wyniósł na piedestał rolę poezji. Naturalną konsekwencją tego trendu było uwielbienie poetów. Poeta – wieszcz był prorokiem, piewcą wzniosłych idei, osobą, która widzi więcej, a przez to – może być łącznikiem między rzeczywistością, a (szeroko interpretowanym) Bogiem. Talent poetycki uznawany był więc za dar wyjątkowy, wyróżniający i dający jednostce, która poezję popełniała - niepisane prawo do tego, by przewodzić tłumom. Sęk w tym, że owe „poezyje” nierzadko powstawały pod szeroko rozumianym "wpływem".

Słyszeliście kiedyś zapewne o tym, że pewien wieszcz (o znajomo brzmiących inicjałach A.M.) popełnił niejaką „Wielką improwizację” w jedną noc. Jakim cudem mu się to udało? Wieść gminna niesie, że był na ówczesnych „dopalaczach”. Nie wiem i raczej nikt nie wie, czy to prawda. Pewnym jednak jest, że romantycy jako pierwsi zaczęli eksperymentować ze świadomością, a w porównaniu z tymi doświadczeniami - nawet starożytne, zakrapiane Dionizje i takie też orgietki to pikuś.

Zresztą, fascynacja spirytualizmem i orientalizmem nie mogła skończyć się inaczej, jak podejmowanymi na sobie próbami działania takich wynalazków, jak konopie indyjskie, meskalina czy grzyby halucynogenne. Narkotyki towarzyszyły romantykom od początku. Wystarczy zerknąć na (niestety) mało w Polsce znany „Kubla Khan” Samuela Coleridge'a – angielskiego poety i twórcy pierwszych, wyspiarskich manifestów romantycznych. Ojciec angielskiej „Szkoły Jezior” był uzależniony od... opium, do czego zresztą otwarcie się przyznawał – dając wyraz swojemu uwielbieniu do tego narkotyku w licznych aluzjach umieszczanych w wierszowanych strofach. Coleridge najbardziej upodobał sobiej meskalinę. Ponoć pod jej wpływem – liryczne wizje same jawiły się przed jego oczami, a ręka (także samoistnie) spisywała po kilkaset, doskonałych pod względem poetyckim strof. Do wydania przywołanego wcześniej poemu - „Kubla Khan”, Coleridge'a namówił mój osobisty faworyt – George Byron. Twórca obowiązkowego „Giaura” nosił przezwisko „chroma stopa”. Ponoć pewnego razu, impulsywna matka Byrona tak go w kłótni skaleczyła, że poeta do końca życia zmagał się z następstwami wywichnięcia nogi. Swoją drogą, relacja matka – syn była w tym wypadku encyklopedycznie toksyczna – ponoć po jednej z awantur, Byron i jego rodzicielka wyszli w pośpiechu z domu do apteki tylko po to, by ubłagać farmaceutę, żeby za żadne skarby nie sprzedawał trucizny drugiej stronie konfliktu. Jakby tego było mało Byron - naczelny ideolog angielskiego romantyzmu - przyjaźnił się Mary Shelley (autorką „Frankensteina”), a na imprezy okolicznościowe przychodził z własnym ekwipunkiem, czyli... ze świetnie zakonserwowaną ludzką czaszką, która służyła mu za puchar do wina. Jak głosi legenda – to właśnie pod wpływem jednej z takich winnych i narkotycznych orgii - urządzonej tamtym razem w szwajcarskiej willi – wspomniana wcześniej Mary Shelley, na fali rozmów o duchach, zjawach, mutantach i wszelkiej maści zjawiskach nadprzyrodzonych... popełniła dzienniki Victora Frankensteina. Obok historii o stworzonym ludzką ręką z martwych członków potworze i w oparciu o wydarzenia owej orgii – powstała też książka Johna Pelidoriego o wiele mówiącym tytule „Wampir”. Owszem, pozycja nie jest mocno popularna, ale to właśnie w oparciu o jej fabułę – pojawiła się po latach gotycka powieść Brama Stokera o niejakim Draculi!

poeci na haju

Cóż, romantycy byli fatalistami – bo czego innego można się spodziewać po osobnikach uwielbiających gotycki mrok (bez skojarzeń subkulturowych!) i odprężających się jedynie na przechadzkach po cmentarzach? Nie będzie to pedagogiczne, ale... prawda jest taka, że używki były dla nich często jedynym ukojeniem przed przytłaczającą i ciągle rozczarowującą rzeczywistością. Poeta w romantyzmie był wielbiony. Każdy chce być wielbiony, więc w tamtej epoce – każdy chciał być poetą. Ciągnąc logikę za ogon - żeby być poetą, należy wykazać się wybitną wyobraźnią. Tym samym utarło się w romantyzmie, że ten, kto chce być uznawany za artystę – musi (sic!) skosztować od czasu do czasu opium. Choćby po to, by być bliżej granicy dwóch światów, a w swoje strofy wplatać prawdziwie natchnione boską mocą, oniryczne wizje. Takie możliwości dawały romantykom CAŁKOWICIE LEGALNE:opium, konopie indyjskie czy grzyby halucynogenne. Ale nie tylko... Poeta zza zachodniej miedzy, Niemiec Fryderyk Schiller - wprawiał się w twórczy trans zapachem zgniłych, wydzielających aceton jabłek, których pokaźny zapas trzymał w sekretarzyku. Ale pomijając ten owocowy wyjątek, rekordy popularności bezapelacyjnie biła meskalina – popularna także w obrębie rodzimego, poetycznego poletka. Wystarczy zerknąć w strofy „Lambro” czy „Króla Ducha” Juliusza Słowackiego i szkicu „De l'either” Zygmunta Krasińskiego i... wszystko jasne!

I żeby nie było – powyższy wpis nie jest manifestem propagującym używki. Opium, grzyby halucynogenne czy konopie indyjskie były w romantyzmie ogólnodostępne, legalne i często – zalecane przez lekarzy jako panaceum na wszelkiej maści choróbska. Tym samym wpis, jest jedynie gotową ripostą dla wszystkich tych, którym nauczyciele od polskiego zarzucają, że romantycznych strof nie potrafią czytać ze zrozumieniem. No bo jak tu w pełni rozumieć takiego „Giaura” czy „Wielką improwizację”, skoro ich autorzy podczas popełniania strof byli pod narkotycznym wpływem? ;-)

poniedziałek, 07 listopada 2011, kursyblog

Polecane wpisy